|
Silva rerum
środa, 13 maja 2009
Wykluczeni - zakluczeni
Kolejny ciekawy problem z cyklu "Polska i świat współczesny" opisano kilka dni temu w Gazecie. Artykuł opisuje pana Marka, który uznał, że mieszkanie na trzecim piętrze stanowi dla niego problem (amputowane nogi) w związku z czym zamieszkał na podwórku na Grójeckiej. Jak łatwo się domyślić pan śmierdzi. Można domniemywać także, że pan defekuje także na miejscu i jako że "kopci jak smok", gama aromatów staje się pełna. Mieszkańcom to co nieco przeszkadza, więc co jakiś czas próbują się delikwenta pozbyć. Służby nic nie mogą z tym samym faktem zrobić, pan odmawia udania się do swojego mieszkania lub noclegowni i kółko się zamyka, tym bardziej że pan poza forsą na papierosy nic mu nie trzeba. Jako że ciekawi mnie "głos ludu" przeczytałam sobie komentarze na forum. Było kilka głosów "biedny pan", kilka wypowiedzi politycznych, no i "wypowiedzi przeciw wykluczeniu". No i tak se myślę, że w oczach wielu ludzi wykluczanie różnych grup społecznych to grzech śmiertelny, godzien napiętnowania i ukrzyżowania wykluczających. Nad takimi jednostkami należy się pochylać, troszczyć, gładzić po główce i integrować ze zdrową społecznością, nawet kosztem społeczności. Mam poważne podejrzenia, że takie wpisy generują jednostki mieszkające na zamkniętych, strzeżonych osiedlach, które menela widzą przez okno taksówki. Nie dociera do nich, że mieszkańcy bloku mogą nie być zachwyceni faktem, że ktoś swoją "wolność osobistą" realizuje znosząc tony śmieci, myląc sedes z wanną czy klatką schodową i upijając się demoluje wspólne dobro. Podobne głosy słychać przy edukacji integracyjnej posuniętej do absurdu*, gdzie potrzeby edukacyjne jednego dziecka, np. z ADHD (prawdziwym lub wymyślonym) wygrywają z potrzebami pozostałej dwudziestki czy trzydziestki dzieciaków bitych przez agresywnego dzieciaka z poczuciem bezkarności.** Efekty takiej urawniłowki są opłakane - w przeważającej większości przypadków menele*** nie staną się członkami wspólnoty, bo mają ją głęboko w rzyci, ale niszcząc, brudząc i pijąc obniżają poziom życia innych, a często też zagrażają ich bezpieczeństwu latając w delirce z nożem czy też podpalając budynek z zemsty. Podnosi się oczywiście wrzask, że menela nie można wykluczyć, eksmitując do betonowego baraku z wspólnym kiblem i kuchnią, nie myśląc o tym, że za kilka lat być może do eksmisji będzie się kwalifikować pół bloku. Po pożarze w Kamieniu Pomorskim widać, że zapewnianie takim jednostkom miejsca wśród ludzi może i ubogich, ale spokojnych też nie jest rozwiązaniem. O ile popieram akcje edukacyjne skierowane do zdolnych smarkaczy z biednych rodzin, o tyle za całkowicie bezsensowne uważam dofinansowywanie bydła, które całą energię wkłada w zdobycie środków na kolejną libację. Powiedzmy sobie szczerze - takie osoby wykluczają się same. Społeczeństwo czy państwo nie jest w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich swoich członków - podoba mi się tu Deklaracja Niepodległości USA, głosząca że "We hold these truths to be self-evident, that all men are created equal, that they are endowed by their Creator with certain unalienable Rights, that among these are Life, Liberty and the pursuit of Happiness", nie gwarantując nigdzie owej "Happiness". Jeśli ktoś nie przestrzegając norm społecznych zakłóca spokój swych bliźnich i zagraża ich bezpieczeństwu, lokalna wspólnota powinna mieć prawo w uzasadnionych przypadkach takiej jednostki się pozbyć na drodze sądowej. Czasem wykluczenie jest konieczne, by poświęcając jednego żula ocalić ludzi "normalnych" przed pójściem w jego ślady. Oczywiście każdorazowo postawienie takiej tezy sprowadza dyskusję do absurdu, bo zaraz podnosi się krzyk o wykluczaniu chorych, brzydkich i innych, więc powoli mi się odechciewa dyskusji. Pozostaje tylko życzyć "obrońcom uciśnionych", żeby kontakt z życiem wyleczył ich z naiwnych złudzeń bez wiekszych strat. No ale socjalistów i dziennikarzy Faktu nie przekonasz... *) W odróżnieniu od Janusza Korwin-Mikkego jestem jak najbardziej za integracją niesłyszących lub niedosłyszących, na wózkach itp. mieszczących się w normie rozwoju intelektualnego i nie wykazujących zaburzeń charakteru. **) Bo ja mam papiery na ADHD i co mi zrobicie? ***) Kontakt z takowym menelstwem miałam osobiście i pamiętam jak rzeczy które dostawali dla dzieci po dwóch założeniach lądowały w śmietniku bo siedzącym cały dzień w domu paniom i panom nie chciało się ich wyprać (albo nawet ruszyć zad i poprosić nas o przepranie w pralce). Jedyne co ich interesowało to środki na kolejną flaszkę, po wypiciu której szajba im odbijała - o mało co nie wykończyli sąsiadki wyrzucając przez okno telewizor, zabili chomiki itp. Dzieci służyły im jako źródło zasiłków - Pani Lila oświadczyła, że jak jej jedno zabiorą, to zmajstruje se drugie, żeby mieć z czego żyć.
niedziela, 18 stycznia 2009
Choćby o jednym oku, byleby w tym roku
Ludzkość jako zjawisko nie przestaje mnie fascynować. Z turpistycznym zachwytem śledzę przejawy ludzkiej bezmyślności, którymi karmią nas gazety. Wśród moich ulubieńców jest facet, któremu wjechało się do jeziora bo go tak dżipies poprowadził, ciołek z lubelskiego, który parkując swoją gablotę zablokował skutecznie ruch tramwajów na kilka godzin, rozliczne panie, orientujące się że są w ciąży w chwili porodu, pan udający stolik - słowem mówiąc - same smaczki. Czasem jednak mój wątły, kobiecy umysł czyta doniesienia prasowe z rosnącym niedowierzaniem. A to pani pochowa maleństwa w beczkach po kapuście, bo mąż nie chciał więcej dzieci, a to córunia zamknie zezwłok tatusia, żeby pobierać jego emeryturę, a to zamiast na chemioterapię ktoś idzie do wróżki i znachora. Zastanawia mnie to, bowiem zdaje sie mamy wiek XXI, który miał być epoką światłego rozsądku, nowoczesności itepede. Nie jestem w stanie pojąć niewiasty, która pozwalała, by ukochany mężunio prał i lał ją i dzieciaki oraz katował zwierzęta. Znałam podobny casus z życia - dzieciaki sikały do łóżek ze strachu, nie raz i nie dwa sąsiadka wiała przez okno (na szczęście to był parter) przed pięściami pana domu. Co kieruje kretynkami, które dają się katować? Jakaś chora miłość? Strach? Jak baba sama lubi dostać od męża lanie, to o ile potem nie jest leczona za swoje, to w sumie jej sprawa, ale czy one nie myślą o dzieciach? Niejaki Morfeusz, lekarz z SORu wspominał kobietę, która z uporem maniaka tłumaczyła, że spadła ze schodów, a bez jej skargi nie można było wszcząć postępowania. Zastanawiam sie, czy takich kretynek nie można by karać za współsprawstwo - w końcu zaniechując złożenia skargi narażały swoje dzieciaki na utratę zdrowia lub życia? Nurtuje mnie też co robiła opieka społeczna. Od odbierania dzieciaków rodzicom, którzy nie mają bieżącej wody i wymaganej przestrzeni, za to szczerze kochają pomiot i troskliwie się nim opiekują to są pierwsi, ale interwencje w poważnych sprawach idą im jak widać znacząco gorzej. Może by urzędników żyjących jak pączuszki w maśle po MOPSach też postawić przed sądem? Jakby jedna z drugim wylecieli z roboty, to może by tak ruszyli zady i popatrzyli, gdzie są naprawdę potrzebni. Ciekawi mnie też co na to szkoła? Sąsiedzi pewnie woleli się nie wtrącać, ale nauczyciele powinni zorientować się, że coś jest nie tak. Inna sprawa, że facet dostanie pewnie ze trzy lata i po wyjściu utłucze ukochaną małżonkę, że go tak urządziła, albo zacznie jej skamleć, że on się zmienił i ją kocha, będzie ją nosił na rękach i całował po piętach. Do pierwszej półlitrówki.
środa, 07 stycznia 2009
Poglądy dzielimy na słuszne i niesłuszne
W imię triumfu tolerancji i miłości przedstawicieli poglądów niesłusznych należy skopać lub zabić, a co najmniej odebrać im możliwość wypowiedzi. Aby zaś nasz świat był piękny i wspaniały, należy usunąć z pola widzenia pięknej większości brzydkich chorych, a na ich miejsce dać puchate zwierzątka. Kompot z przestrzeni pomięszanych
Nie, dziś nie będzie o mieszaniu przestrzeni halachicznych w szabas, jak raz. Jak mi się kiedyś będzie chciało rozgryźć temat, to dam znać. Będzie za to jak raz o mieszaniu przestrzeni publicznej z prywatną (w aspektach społecznych i własnościowych) i funkcjach tychże, oraz niektórych cechach, jakie przestrzeń publiczna powinna posiadać. Tytułem wstępu. Ktoś podesłał link do artykułu o bibliotece publicznej w Tychach, w której zanieszkał kot - znajdek. Kot został maskotką instytucji, po czym na anonimową prośbę osoby cierpiącej na alergię kota usunięto. Oczywiście podniósł się płacz i larum, że jak to, kota zabrali, ach jo, oddajcie nam kota. Link został podesłany z dopiskiem "no comments". Druga część wstępu dotyczy moich odwiedzin w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. Projektant zadbał tam o przestrzenie, podwieszane mostki, schody z drewna pozbawione przednóżków, żeby zwiedzający mieli piękne widoki przez okno, tudzież szklane podłogi prowadzące do przeszklonych wind. Cud miód i nowoczesność. Tu dochodzimy do sedna naszego problemu. Otóż w moim przekonaniu przestrzeń publiczna, finansowana ze środków publicznych, powinna być dostępna jak największej liczbie osób, służąc celom, do których została zaprojektowana. Celem biblioteki publicznej, finansowanej ze środków gminnych jest gromadzenie i udostępnianie zbiorów (książek, materiałów multimedialnych) mieszkańcom danego rejonu. Jeśli można to zrobić w sposób atrakcyjny, stworzyć miłą atmosferę - świetnie. Należy pamiętać jednak, że to co jest miłe dla jednego, może poważnie zaszkodzić innemu. Alergie w naszym pięknym kraju są coraz powszechniejsze, a kot wytwarza białka, które uczulają bardzo silnie. W przypadku osób z astmą oskrzelową kontakt z alergenem może powodować bardzo silne reakcje, prowadzące w skrajnych przypadkach na OIOM lub do zgonu. Wiadomo, że w bibliotece nie uniknie się roztoczy, ale jeśli można usunąć jakiś alergen z otoczenia, to należy to zrobić. Ciekawe są reakcje ludzi na forum. Większość komentujących przychyla się do tezy zawartej w artykule:
Proste stwierdzenie, że ktoś może nie lubić kotów lub zwierzę może przysporzyć komuś cierpień fizycznych wywołuje wściekły atak. W moim mniemaniu atakujący decyzję dyrekcji o usunięciu zwierzęcia i chorą, mieszają rolę przestrzeni publicznej i prywatnej. W przestrzeni publicznej i ogólnodostępnej, stanowiącej własność społeczną, obowiązują inne normy i zasady niż w przestrzeni stricte prywatnej, np. mieszkaniu, gdzie można chodzić w podartym dresie i hodować pięć kotów i dwa psy (o ile rzecz jasna nie naruszamy "miru domowego" i przepisów prawa. Obiekt tego typu musi być dostosowany do potrzeb możliwie szerokiej publiczności, uwzględniając w tym czynniki zdrowotne i samopoczucie pracowników i klientów. Nikt nie protestuje przeciwko pochylniom dla wózków, oznakowaniom dla niewidomych, słyszałam o planach uczenia urzędników języka migowego. Obiekt ten musi spełniać swoje funkcje czy to ustawowe, czy też statutowe i to jest priorytet. Jeśli pracownice biblioteki skrzykną się, zbiorą fundusze i założą bibliotekę prywatną, dostępną dla ogółu, będą mogły tam trzymać dowolną ilość kotów (choć oczywiście byłoby miło o tym wspomnieć w ostrzeżeniu dla potencjalnych chorych klientów. Przewrotnie, dość podobnym problemem są projekty architektoniczne budynków ogólnodostępnych, realizowane z pieniędzy podatników. Rozumiem, że architekt ma wizję wielkich przestrzeni, szkła, perspektyw. Wspaniale, że chce by budynki publiczne oprócz utylitarnych, pełniły też funkcje estetyczne. Trzeba jedynie pamiętać, że wiele osób czuje się co najmniej nieswojo idąc po szybie z widokiem na dziesięć metrów w dół. Wizytę w muzeum, która mogła być miłym wspomnieniem, zapamiętałam jako koszmar. Nie wszystkie kobiety w spódnicach (a i zapewne fani kiltów) poruszają się po takim wnętrzu swobodnie, ze świadomością że mogą zostać starannie obejrzeni (i np. sfotografowani) z tak nietuzinkowej perspektywy. Rozwiązanie pięknie wyglądające na makiecie, może być po prostu niefunkcjonalne i niedostosowane do potrzeb. Miałam za młodu nieprzyjemność korzystania z ubikacji w domu zaprzyjaźnionej z rodziną pani architekt. Dyskomfort powodowała obecność chłopaka mniej więcej w moim wieku, a toaleta nie miała drzwi ani zasłonki i wychodziła na otwartą przestrzeń pokoju, a konkretnie - strefę sypialną, słabo wydzieloną z salonu. Nawet teraz miałabym pewne opory przed skorzystaniem z tak umieszczonej wygódki, nie mówiąc o sytuacji gdy w mieszkaniu odbywałoby się przyjęcie. Przyznaję, że głównie z tego powodu więcej tam nie poszłam, bo czułam paniczny strach przed ponownym stanięciem przed możliwością konieczności wizyty w ustronnym miejscu. Myśl, że tak wyglądałaby toaleta w muzeum, bibliotece czy zakładzie pracy jest IMO niedopuszczalna. Tak sobie po cichu uważam, że powinno się pamiętać o różnicach pomiędzy miejscem publicznym a własną zagródką, a i nie zawadzi pomyśleć też o innych użytkownikach...
niedziela, 04 stycznia 2009
Aj waj, mamy krajzis
Krajzis w kraju Wielkiego Szatana interesuje mnie osobiście, albowiem dulary na paśnik teoretycznie przychodzą stamtąd. Teoretycznie, bowiem nasz oddział Ze Big Korpo jako jeden z dwóch przyniósł zyski. Nie była to kwota olśniewająca (mniej więcej równa dochodom początkującego, żydowskiego prawnika*) na Manhattanie lub lekarza w Miami), ale nie był to także zysk dużego producenta wyrobów samochodopodobnych z Ditroitówka. Zostaliśmy oczywiście zalani serią maili od nadszyszkowników, że nie jest tak źle, że oni są z nami i też sobie nie wypłacą dywidendy, tudzież że musimy być razem w tak trudnych chwilach. Po kolejnym duszoszczipatielnym mailu, tym razem od kierownika dzialu, nie wydzierżyłam, i napisałam co to znaczy kryzys z octem w sklepach i mięso na kartki. Ciekawam efektu, przyznaję, znaczy czy mnie wywalą za brak zrozumienia, czy nie. Co do reakcji na kryzys, zamierzam zastosować się do rady Dijkstry i całokształt potraktować jak chłodnik z botwinki - znaczy się na zimno, albowiem chwilowo jedyny kredyt jaki zaciągnęłam to raty na zestaw mebli z Ikei. *) Są inteligentni i pracowici - niech zatem zarabiają. I znow mamy Święŧa, a na Święta - "prezęta - zwierzęta"
Tradycyjnie i jak co roku przeżyliśmy (albo i nie) okres przedświątecznej harówki, świątecznego obżarstwa i poświątecznego wywalania resztek. Niestety, również jak co roku przeżyliśmy nawałę prezentów w postaci żywych zwierzaków, które tuż po Świętach wylądowały lub przed najbliższymi wakacjami wylądują w najlepszym razie w schronisku, a w najgorszym - przywiązane do drzewa czy w worku w z kamieniami w rzece czy gliniance. Zastanawia mnie, co na litość wszystkich bogów kieruje debilami, którzy przechodząc koło sklepu "Anna Zoo" czy inszego "Kakadu" widzą szczura, szynszylę, kota, psa czy inną gadzinę i kupują ją nie myśląc o tym, że zwierzak to decyzja na najbliższe 2-20-200 lat? Coś takiego powinno być karane wyrokiem od trzech lat robót wzwyż. Kot czy szczur to pół biedy, zwierzak potrafi przetrwać dziesięć godzin samotnie, choć na pewno odbije się to na jego psychice. Pies niestety to zupełnie inna sprawa - jako zwierzę stadne wymaga towarzystwa, a poza tym - wyprowadzania na spacery, o czym rzadko kiedy się pamięta. Trzeba też wiedzieć, że "Slicny sceniacek" pozostawiony na poł dnia w domu zeżre kapcie, ogryzie meble i będzie potwornie nieszczęśliwy, a jego pańciowie rozczarowani, że z psiego niemowlaka nie wyrosła im samoistnie Lassie czy Beethoven ze stoma dalmatyńczykami naraz. "Sliczny sceniacek" wyląduje więc na Paluchu, albo w budzie. Albo umrze koszmarną śmiercią, umierając z pragnienia i głodu, uwiązany do drzewa. A przecież można by tego uniknąć - wyobraź sobie jeden z drugim młocie, że posiadanie psa jest równoznaczne z ograniczeniem imprez, że wakacje wymagają bądż opłacenia hotelu, bądź zaplanowania urlopu w hotelu z miejscem dla zwierząt i że pies pożyje z dziesięć lat. Wyobraź to sobie kretynie i NIE KUPUJ ZWIERZAT W PREZENCIE! Tylko potem się nie dziw, że zdechniesz w przytułku, oddany tam przez kochające dzieci, którym przeszkodzisz w wakacjach na Krecie.
czwartek, 25 września 2008
Wszyscy chcą mojego dobra...
...a ja go nie dam sobie odebrać. Nasza nieoceniona władzuchna postanowiła zadbać o zdrowie niewiast i wprowadzić obowiązkową cytologię i mammografię przed przyjęciem do pracy i podczas okresowych badań pracowniczych. W sumie wydawać by się mogło, że całość jest świetna i genialna, zdrowie i oszczędności do budżetm itp. Widzę tu jednak kilka małych "ale". Primo - większe koszty zatrudnienia kobiet (sama cytologia to ok. 30 zł). Secundo - zrobienie badań nie jest równoznaczne z podjęciem leczenia. W Polsce największy problem stanowią idiotki, które po poznaniu diagnozy "nowotwór" lecą się leczyć tybetańskimi ziółkami i świecowaniem uszu, a nie chemioterapią. Gdy okazuje się, że ziółka nie działają i rak jest w III stadium i z przerzutami, to faktycznie medycyna konwencjonalna może zawieść. Tertio - wiele kobiet nie pracuje zawodowo i nie ma możliwości zmuszenia ich do badań. Quatro - ciągle jeszcze wizyta u ginekologa w tym pięknym kraju traktowana jest jako dziwactwo i zboczenie. To, co się czyta na forach pozwala domniemywać, że jedyna metoda na zmuszenie kobiet do badania i leczenia wczesnych stadiow prenowotworowych to opcja płacenia za leczenie, o ile nie zostaną przedstawione dowody na regularne badania. Tak na marginesie - statystyki NFZ dotyczące badań nie uwzględniają jak sądze osób robiących badania prywatnie. "Darmowe" badanie w Instytucie Onkologii to fajna sprawa, tyle że mnie się bardziej opłaca wydać 30 zł na badanie w spółdzielni, która jest czynna w godzinach mi odpowiadających niż zasuwać na Roentgena.
czwartek, 29 maja 2008
Konferencja jakosciowa
Jefe pozwolił mi w łaskawości swojej wybrać się na konferencję związaną z jakością. Oczywiście przebicie się przez dwie księgowości i organizatorow to nie był pikuś, ale dałam radę. Ciekawostek było co nie miara, a i prezenterzy dostarczyli sporo radości. Oczywiście jak zwykle najciekawsze okazały się "rozmowy kuluarowe" - dowiedziałam się m.in. że w chwili obecnej GIODO wymaga od banku usunięcia WSZYSTKICH wpisów dotyczących danych osobowych klienta, gdy ten zlikwiduje konto. W tym archiwalnych, oczywiście. Dyskutowano ciekawe kwestie - budowanie zespołów, procedury, stosunki z użytkownikiem wewnętrznym i zewnętrznym w kontekście realizacji zadań i zapewniania jakości. Okazało się, że jestem średnio podatna na NLP (zwłaszcza nachalnie wtykane). Ogromnym plusem było inteligentne audytorium - niejednokrotnie sprowadzające prelegentów na ziemię. Przyznam szczerze, że ubawiłam się przednio słuchając jak Lucjan Stapp próbuje wyciągnąć z nieszczęśnika prowadzącego sesję definicję jakości. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że następna konferencja będzie lepiej zorganizowana.
środa, 09 kwietnia 2008
Kołogzystencja z tambylcami
Fascynującym doświadczeniem dla jednostki pracującej w Ze Big Korpo jest kołogzystencja z tambylcami (z tego co wiem, to i vice versa). Ze względu na siedzibę firmy w Bible Belt, z nadzwyczajną ostrożnością należy podejmować próby żartowania z rzeczy poważnych. Ostatnio przez dłuższą chwilę ostrożnie wymacywałam grunt, zanim dogadałam się z ludzikiem, że oboje lubimy Monty Pythonów. Nie mniej pasjonujące jest wymienianie doświadczeń historycznych i socjologicznych. Z ostatnich doświadczeń - wyjaśnianie czemu zwracanie się do Polaka "Pinky Commie" znaczy "komuszku" może nie być najlepszym z pomysłów. Co to były ośrodki wczasowe - geneza i definicja. Pomarańczowa Alternatywa oraz słowa żargonowe na określenie policjantów, stosunki między Polakami a policją. Idea kartek na żywność. Czemu w Polsce nie każdy ma prawo jazdy? Zwierzątka hodowane na podwórku - jeden z tambylców miał sąsiada hodującego na podwórku tygrysy. Warunki życia i lokalowe. Oni dowiadują się o nas mnóstwo ciekawych rzeczy - np. że nie mamy gwiazdek na fladze, a i paski jedynie dwa "łatwo ją uszyć", że żyjemy w innej strefie czasowej i że należy nas pytać jak spędziliśmy weekend. Polecam jako doświadczenie socjologiczne - mimo iż jesteśmy podobni, to różnice w postrzeganiu świata bywają znaczne.
niedziela, 23 marca 2008
Pasztet
Anonimową panią z Kuchni.tv informuję, że do pasztetu nie należy używać mięsa dla psów z "Jarzynką" czy innymi "Badziewkami smaku". Spieszę poinformować, że słonina lub boczek stanowią integralny składnik pasztetu. Do pasztetu należy użyć mięs dobrych, świeżych i najlepiej z różnych gatunków zwierząt uznawanych za jadalne*. Ja zazwyczaj stosuje zasadę trzech części - po równo słoniny, mięs i wątroby wołowej, z tym że mięsa może być trochę więcej. Paręnaście pasków słoniny należy odłożyć do wyłożenia formy i do ułożenia na wierzchu, resztę dobrze jest podsmażyć. Mięso (bez wątroby) gotujemy lub dusimy do miękkości (pamiętajcie o wrzuceniu mięsa do wrzątku, aby pory się zamknęły). Warto dodać obraną włoszczyznę, koniecznie liść laurowy, ziele angielskie, pieprz i sól. Wątrobę trzeba gotować oddzielnie i krótko (góra 20 min.) Mięso wyjąć z wywaru, schłodzić, pokroić na niewielkie kawałki, zmielić wraz ze słoniną i wątrobą, zmielić dwa razy. Jeśli masa jest potwornie gęsta, dodaję wywaru spod mięsa. W wywarze trzeba namoczyć suche bułki, dodać do końcowego przemiału (jedna bułka na c.a 1,5 kg masy). Wymieszać dokładnie masę, dodać majeranek, pieprz, sól, jagody jałowca, przesmażoną cebulę, można dodać duszone grzyby. Dodać jajka - jak mam fazę to rozdzielam żółtka od białek i białka dodaję jako pianę. Wrzucam c.a. 5 jajek na dwa kilogramy masy - musi być półpłynna. Wykładam słoniną formę, wylewam masę pasztetową i piekę w c.a. 180 C przez 40-45 minut. Podane parametry są orientacyjne, po dwóch - trzech pasztetach nabiera się wprawy i wyczucia, wie się czego jest za dużo czy za mało. * wołowina (rostbef lub rumsztyk), szynka wieprzowa, cielęcina, trochę jagniątka, królik, czasem kurczaka). |
|